Wakanda forever! Czyli dlaczego „Czarna Pantera” to jeden z najlepszych filmów Marvela

Muszę przyznać, że nie czekałam na ten film jakoś szczególnie… Tymczasem podróż do Wakandy okazała się zaskakująco przyjemnym doświadczeniem. Bo choć teoretycznie „Czarna Pantera” jest po prostu kolejną opowieścią w ramach filmowego uniwersum Marvela, to na tle reszty produkcji z tej serii wyróżnia się oryginalnością i własnym charakterem.

 

Filmy superbohaterskie to dość osobliwy gatunek. W przypadku Marvela dochodzi do tego fakt, że wytwórnia Disney’a nie zna umiaru, bardzo często stawia na ilość, a nie jakość (z tego powodu drżę na myśl o zbliżającym się filmie „Solo” z uniwersum „Gwiezdnych Wojen”) i uwielbia wyciskać swoje franczyzy jak cytrynę. Co parę miesięcy wędruję z Narzeczonym do kina na kolejną odsłonę superbohaterskiej telenoweli i, niestety, często bywam rozczarowana, ponieważ otrzymuję kolejny odgrzewany kotlet, czyli dokładnie tę samą historię w tylko odrobinę zmienionych dekoracjach. Na szczęście, jakiś czas temu Marvel poszedł po rozum do głowy, kierując się odrobinę w stronę kina gatunkowego, czego owocami były młodzieżowy „Spider Man: Homecoming” oraz komediowy „Thor: Ragnarok” (tak, wiem, podobny schemat realizowali już „Strażnicy Galaktyki”, ale oni, przynajmniej do tej pory, zachowywali swoją odrębność względem całej tej bandy z Avengersów). Kontynuacją tej tendencji zwyżkowej jest najnowsza produkcja wytwórni, czyli „Czarna Pantera” – moim zdaniem jeden z najlepszych filmów z MCU.

Zacznijmy od krótkiego wprowadzenia w fabułę: akcja filmu zaczyna się, gdy król afrykańskiego państwa Wakanda umiera, a jego syn, T’Challa, wraca do kraju, by objąć tron i przypisaną do niego rolę Czarnej Pantery. Wkrótce Wakanda zostaje zaatakowana, a młody władca musi zadbać o jej bezpieczeństwo. Brzmi sztampowo? Być może, ale wyszło znacznie fajniej, niż się spodziewałam.

Od jakiegoś czasu uniwersum Marvela przypominało ciągnący się w nieskończoność serial. Pomysł połączenia wątków różnych postaci w jednym filmie na początku wywołał euforię fanów, którzy tłumnie pobiegli do kin na pierwszą część „Avengers” (jasne, to wszystko miało miejsce już w komiksach, ale nie da się ukryć, że wielu widzów zna te historie wyłącznie z ekranizacji). Na tamtym etapie było to fajne, jednak wkrótce doprowadziło do tego, że poszczególne filmy superbohaterskie przestały być samodzielnymi całościami, a stały się częściami jednej, długiej opowieści. Wprowadzanie do akcji postaci z innych filmów oraz nawiązywanie do zawartych w nich wydarzeń stało się wręcz obowiązkowe. Tymczasem „Czarna Pantera” broni się jako samodzielne dzieło i spokojnie może obejrzeć ją nawet ktoś, kto nie zna pozostałych produkcji Marvela. To naprawdę ogromna zaleta i powiew świeżości w momencie, w którym wielu fanów chodzi do kina głównie po to, by zobaczyć znajome gęby, niekoniecznie kładąc nacisk na samą fabułę poszczególnych części.

Na pochwałę zasługuje również odejście od schematu typowego „origin story”, czyli tego obowiązkowego dla każdego superbohatera filmu, w którym otrzymuje on swoje moce (z którymi nieodłącznie wiąże się „wielka odpowiedzialność”) i musi poradzić sobie z nową rolą. Często dochodzi do tego konieczność ukrywania tożsamości i tajemnice przed bliskimi, którzy za nic nie mogą się dowiedzieć, że ich kumpel lub syn umie latać, strzelać pajęczymi sieciami lub ma lasery w oczach. Sam schemat nie jest zły i przez kupę czasu się sprawdzał, ale każdy taki powtarzający się wzór w końcu się wyczerpuje, stając się kliszą i wywołując niepohamowane ziewanie u odbiorców. W „Czarnej Panterze” zostajemy wrzuceni do świata, w którym każdy kolejny władca Wakandy otrzymuje supermoce i określone obowiązki. Dzięki temu od razu możemy przejść do samej fabuły, nie tracąc czasu na przydługi wstęp.

Kolejnym plusem filmu jest wyjątkowo udany antagonista. To właśnie przeciwnicy głównych bohaterów bardzo często bywają piętami achillesowymi produkcji superbohaterskich – na ogół są klasycznymi „złolami”, którzy są źli, bo są źli, a ich celem jest po prostu zrobienie kuku niewinnym ludziom. Pod tym względem wiele filmów Marvela i DC (nawet tych, które w ogólnym rozrachunku są naprawdę niezłe) przypomina odcinki „Power Rangers”, w których na Ziemię wysyłano kolejnego potworka z „misją” rozwalania tandetnych makiet budynków. W „Czarnej Panterze” mamy antagonistę, który wyłamuje się ze schematu klasycznego złoczyńcy – owszem, jest niebezpieczny, a jego postępowanie pozostawia wiele do życzenia, ale wywołuje w nas uczucie empatii, a jego motywacje są zrozumiałe. Dzięki temu jesteśmy w stanie bardziej zaangażować się w rozgrywający się na ekranie konflikt i nie mamy wrażenia, że oglądamy rozpierduchę, która w gruncie rzeczy do niczego nie prowadzi.

A skoro już jesteśmy przy konstrukcji postaci, to muszę przyznać, że jednym z moich ulubionych elementów tego filmu są kobiety. Znakomita większość produkcji superbohaterskich traktuje je co najmniej marginalnie – muszą być, więc gdzieś tam sobie są, ale stanowią zdecydowaną mniejszość i rzadko mają ciekawe charaktery lub realny wpływ na fabułę. Jane z „Thora” niby jest astrofizyczką, ale jednocześnie jest kompletnie pozbawiona osobowości lub jakiejkolwiek charyzmy, de facto pełniąc rolę zwiewnej księżniczki u boku silnego mężczyzny (Amidala to przy niej pikuś). Ogólnie rzecz biorąc, kobiety w tego typu filmach przede wszystkim pełnią funkcje ukochanych głównych bohaterów. Jest też, oczywiście, Czarna Wdowa, ale nawet ona nie doczekała się samodzielnego filmu, który nie traktowałby jej wyłącznie jak części drużyny. Jasne, „Czarna Pantera” wciąż jest opowieścią o mężczyźnie, który walczy z innym mężczyzną, ale mamy w niej także kilka fantastycznych bohaterek, które mają bardzo dobrze zarysowane charaktery, są od siebie różne i pełnią ważne role w życiu tytułowej postaci. Osobiście jestem kompletnie zakochana w granej przez Letitię Wright Shuri i mam nadzieję, że będę miała okazję zobaczyć ją w kolejnych produkcjach (swoją drogą, podobno w komiksach Shuri przejmuje na pewien czas rolę Czarnej Pantery, kiedy jej brat zostaje ranny – niech ktoś nakręci o tym film!). Mam wręcz wrażenie, że Shuri, Nakia (dawna ukochana głównego bohatera i wysłanniczka Wakandy do sąsiednich krajów) oraz Okoye (generał wakandyjskiej armii) wręcz przyćmiły T’Challę, czyli tytułową Czarną Panterę. Ponadto jest również wiele kobiet w tle (serio, gdyby w rzeczywistości było nas tak mało, jak w ogromnej liczbie filmów, nasz gatunek dawno przestałby istnieć).

Jeśli mowa o reprezentacji, „Czarna Pantera” jest także bardzo ważnym filmem z punktu widzenia Afroamerykanów (czy wiecie, że Octavia Spencer wykupiła wszystkie miejsca na pokazy w pewnym kinie w stanie Missisipi, by umożliwić obejrzenie produkcji czarnoskórym z biedniejszych rodzin?). Można ją traktować jako ukłon w stronę tej społeczności, a także w stronę kultury afrykańskiej. Ogólnie rzecz biorąc, z pewnością jest to najbardziej zaangażowany w sprawy polityczne i społeczne film Marvela. Choć akcja dzieje się w fikcyjnym państwie, mamy w niej liczne odniesienia do aktualnych problemów, takich jak kryzys migracyjny oraz kontrowersyjna polityka Trumpa. Wakanda posiada vibranium – metal, który absorbuje fale dźwiękowe i wszelkie wibracje (włączając w to energię kinetyczną). Jest to kraj bardzo rozwinięty technologicznie, który pozostaje w ukryciu, a uzasadnieniem tej decyzji ma być przekonanie, iż odcięcie od reszty świata chroni państwo przed problemami „obcych”. Choć ogólny przekaz filmu na ten temat jest dość jednoznaczny, poszczególni bohaterowie mają na ten temat odmienne opinie i przywołują rozmaite argumenty na poparcie swoich tez, dzięki czemu możemy poznać różne perspektywy.

Na koniec muszę przyznać, że jedną z najbardziej urzekających rzeczy w tym filmie była dla mnie sama Wakanda. Tym razem nie oglądamy walki na tle Nowego Jorku ani nawet kosmosu – tłem dla wydarzeń jest fikcyjne państwo gdzieś w Afryce, które ma własne, stworzone na potrzeby filmu zwyczaje, kulturę i tożsamość. Ujęły mnie także stroje, które są kompletnie inne niż to, co mieliśmy okazję oglądać w innych filmach, a które stanowią swoisty zlepek elementów z różnych krajów kontynetu (niektórzy zastanawiają się nad tym, czy dobrze jest wrzucać je wszystkie do jednego worka, ale mimo wszystko w moim odczuciu filmowa Wakanda stanowi przejaw celebrowania tych kultur, a nie ich trywializowania). Twórcy wykreowali cieszący oko, afrofuturystyczny świat, który oglądałam z niekłamaną przyjemnością. W ogóle ten film jest bardzo dopieszczony od strony estetycznej: mamy piękne zdjęcia autorstwa Rachel Morrison, niezwykle dopracowane kostiumy oraz świetną, oryginalną muzykę.

Oczywiście, „Czarna Pantera” nie jest filmem idealnym. Można byłoby czepiać się choćby łatwości, z jaką poważne konflikty przedstawione na ekranie po zakończeniu walki nagle przestają mieć znaczenie lub momentów, w których prawa fizyki ewidentnie przestają istnieć. Ale chociaż lubię się czepiać, tym razem tego nie zrobię, bo w ogólnym rozrachunku po prostu bardzo mi się podobało i mam wrażenie, że Marvel idzie w bardzo dobrą stronę. I jeśli ma to zaowocować kolejnymi tak udanymi filmami, to nie pozostaje mi nic innego, jak oszczędzać złocisze na kolejne bilety do kina.