Polacy nie gęsi i swojego „Hamiltona” mają? Idźcie na musical „1989”! – Alicja w swoim świecie

Ten rok zaczął się dla mnie prawdziwym kulturowym zachwytem, bo już na jeden z pierwszych dni stycznia miałam (zdobyte miesiące wcześniej) bilety na powszechnie chwalony musical „1989”. Jak nietrudno się domyślić, przedstawienie opowiada o przemianie ustrojowej, której nie mam prawa pamiętać, ponieważ podczas tzw. wyborów czerwcowych byłam (nie bójmy się tego słowa) płodem. Niemal od razu po powrocie z teatru zaczęłam spisywać swoje wrażenia, ale jakoś tak się złożyło, że porzuciłam tekst w połowie i pozwoliłam mu przeleżeć kilka miesięcy w notatkach. Miały z tym związek między innymi generalny remont i przeprowadzka, ale nie jestem tu, żeby raczyć was wymówkami, a żeby w końcu polecić wam ten naprawdę niesamowity spektakl, bo tak się składa, że w poniedziałek 27 maja będzie można go zobaczyć w Teatrze Telewizji. Oczywiście najbardziej zachęcam do zdobycia biletów na pokaz na żywo, ale wiem, że jest to dość trudne zadanie, więc niech będzie – na pewno lepiej zobaczyć go na ekranie niż wcale.

No właśnie, co
właściwie łączy oba musicale? Przede wszystkim próba opowiedzenia lepiej lub
gorzej znanych wydarzeń historycznych od nieco innej strony, w autorski sposób,
a także nowoczesna forma, w której większość kwestii jest rapowanych. W
tworzeniu warstwy muzycznej i tekstowej spektaklu „1989” brały udział osoby
znane z polskiej sceny hip-hopowej, m.in. Andrzej „Webber” Mikosz, Patryk
„Bober” Bobrek czy Adam “Łona” Zieliński (który jest autorem jednego z moich
ulubionych utworów z całego spektaklu, „A co jeśli wygramy?”). Co wprawniejsze
ucho wychwyci też kilka już znanych z popkultury melodii (moje jest średnio
wprawne, ale coś tam rozpoznałam).

No i nie da się
ukryć, że świetnie skomponowana muzyka jest jednym z głównych powodów, dla
których widz, obcując ze Sztuką, Kulturą i narodową Historią, bawi się jak
świnia w błocie. Część tematów muzycznych powtarza się w różnych momentach
spektaklu, przez co po pewnym czasie już je pamiętamy, a nóżka chodzi coraz
żwawiej. Niektóre utwory wryły mi się w pamięć tak bardzo, że nawet po kilku
miesiącach od wizyty w teatrze wciąż czasem chodzą mi go głowie (a z tym bywa
różnie – zdarzało mi się widzieć i słyszeć musicale, po których w pamięci nie
zostawała nawet nutka).

Świetne, choć
dość proste scenografie, dobrze dobrane kostiumy, znakomitej jakości utwory,
utalentowana obsada – to wszystko przykuwa uwagę, pozwala się zaangażować i
daje dużo radości. Oczywiście widz musi trochę zawiesić niewiarę, ignorując
niedopasowany wiek aktorów (który szczególnie razi w przypadku teoretycznie
małej córeczki w wieku własnych rodziców), ale to jest teatr, tutaj wiele
rzeczy jest umownych. Wszystko rekompensuje tańczący i śpiewający Wałęsa,
którego nie da się pomylić z nikim innym dzięki charakterystycznym wąsom.

Mimo, że
pozornie jest to opowieść przede wszystkim o Ważnych Mężczyznach, którzy
zmienili historię, twórcy rozmieścili akcenty nieco inaczej niż podręczniki do
historii (przynajmniej te, z których ja się uczyłam) i sporo uwagi poświęcili
też kobietom – zarówno ich czynnemu udziałowi w walce z komunizmem, jak i życiu
prywatnemu. Widzimy, jak bohaterki wspierają postacie męskie, biorąc na siebie
cały trud związany z dbaniem o dom i rodzinę, a także rezygnując z marzeń o
spokojnym, małżeńskim życiu. Ten wątek szczególnie wybrzmiewa w poruszającej
piosence-przemówieniu postaci Danuty Wałęsy w scenie odbierania nagrody Nobla przyznanej
jej mężowi. To zresztą jeden z moich ulubionych momentów podczas całego
spektaklu.

Idąc do teatru,
chyba trochę spodziewałam się typowego, czołobitnego i bezkrytycznego podejścia
zarówno do przedstawianych postaci historycznych, jak i do samej transformacji.
W końcu w naszym kraju o komunizmie mówi się wyłącznie źle, a o zmianach, które
po nim nastąpiły – właściwie tylko dobrze. Tutaj jednak polityczna rewolucja
nie jest przedstawiona jako ostateczne zwycięstwo. Być może znaczna część
bohaterów właśnie tak o niej myśli, ale my, widzowie, przecież żyjemy w tej
rzeczywistości „po” i mamy świadomość, że to nie zawsze są rurki z kremem.
Podoba mi się to zniuansowanie, dla mnie było jak bardzo potrzebny powiew
świeżości. W spektaklu pojawiają się również drobne nawiązania na aktualnej
(albo przed chwilą minionej) sytuacji politycznej i z lektury kilku recenzji wiem,
że nie wszyscy odbiorcy są ich fanami. Ja nie widzę w nich nic złego, bo nie
uważam, że sztuka powinna na siłę być apolityczna i kłaniać się każdemu.
Przeciwnie – według mnie artysta ma prawo w swoim dziele wyrażać to, co myśli i
czuje, kładąc akcent na to, co jest dla niego ważne. Nawet kosztem
niezadowolenia części widowni. Zresztą, jeśli coś ma być dla wszystkich, to
zwykle jest po prostu dla nikogo.

Nie opowiem wam
całego przedstawienia. Mogę was tylko zapewnić, że sama miała ogromną frajdę z
jego oglądania i nie wykluczam, że kiedyś to powtórzę. A tymczasem daję swój
znaczek jakości i zachęcam, żebyście przekonali się sami. Powtórzę jeszcze raz:
tańczący Wałęsa, kto nie chciałby tego zobaczyć?